Czym
jest dorosłość? Odpowiedź na to pytanie jest albo bardzo łatwa lub bardzo
trudna. Zależy jakiej odpowiedzi oczekujemy. Jeśli przyjmiemy, że dorosłość to osiągnięcie
pewnego wyznaczonego przez społeczeństwo wieku a nasze ciało jest w pełni
rozwinięte to taka odpowiedź jest wystarczająca. Mnie jednak to nie
satysfakcjonuje. Bo kiedy człowiek staję się mentalnie dorosły? Czy płacenie
rachunków i codzienne wstawanie do pracy, której nie spełniam się w pełni można
uznać za dorosłość? A może dorosłość to ziszczenie się wszystkich istniejących
na tym świecie koszmarów?
Teoretycznie
spełniam wszelkie warunki które kwalifikują mnie jako osobę dorosłą. Jednak wewnątrz
czuję się jak mała dziewczynka, która mimowolnie stąpa powoli po drodze
snującej się przez samo piekło. Wciąż szukam aprobaty osób mi bliskich i
codziennie noszę w sobie głęboko skrywany strach przed rozczarowaniem kogokolwiek.
Czasem przyglądam się sobie z wielkim smutkiem dostrzegając kim tak naprawdę
stałam. Jestem pustą skorupą z pozornie radosną twarzą. Ulotne chwile szczęścia
niszczone są przez rzeczywistość. Każdego ranka wstaję z łóżka marząc by dzień
się już skończył i nienawistnym spojrzeniem obdarzam słońce za to, że odważyło
się dziś wstać. Bo wiem, że ten dzień niczym nie będzie się różnił od
poprzedniego. I nie mam pojęcia gdzie zgubiłam swoją chęć do życia, ale nawet
modlitwy do Świętego Antoniego nie są w stanie mi pomóc. A może po prostu mój
umysł to krucha porcelana, która roztrzaskała się na milion kawałków, których
nie potrafię posklejać. Kiedyś wierzyłam, że wszystko jest możliwe i, że mogę
być kimkolwiek zechce. Ale dorosłość wdarła się w mój naiwny umysł i pokazała
mi jak bardzo się mylę. Może dorosłość to trucizna zalewająca nasze mózgi by
unicestwić wszystkie marzenia jakie stworzyły. A może to mi zabrakło odwagi i
wiary by uczynić je realnymi z obawy przed krytyką innych. Wiem tylko, że kiedy
byłam jeszcze małym człowiekiem świat wydawał mi się dużo piękniejszy i to
piękno gdzieś zniknęło. Albo to ja go już nie dostrzegam zbyt skupiona otaczającymi
mnie tylko z pozoru ważnymi sprawami. Wystarczy przyjrzeć się temu ile razy w
ciągu dnia uśmiecha się dziecko i jak błahe sprawy go wywołują. I nie mogę
rozumieć co po drodze sprawia, że ludzie osiągający pewien wiek tracą
umiejętność cieszenia się małych rzeczy. I dlaczego z radosnego kiedyś
dzieciaka stałam się osobą która z niesmakiem wychodzi z domu? Może życie
wymaga ode mnie więcej niż jestem w stanie mu teraz dać. Lub mentalnie wciąż
pozostałam we wcześniejszym etapie rozwoju. Ciężko mi się dopatrzyć istoty
moich problemów i wewnętrznym rozterek. Wiem jedynie, że świat codziennie mnie
przytłacza z taką siłą, że ciężko mi dostrzec choć promień światła w czarno-białej rzeczywistości. Jakbym z wiekiem straciła możliwość dostrzegania
różnorakich barw.
Dorosłość
to wielki żart losu. Pociąg do którego każdy z Nas musi wsiąść czy jest na to
gotowy czy nie. Nie każdy potrafi się w nim odnaleźć. Mam ochotę wrzeszczeć na
całe gardło by się zatrzymał, bo ja wysiadam.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz